środa, 7 października 2015

Szalej - Rozdział 10 - Zemska

Z e m s t a


Na spienionym koniu jechał traktem z Wodzisławia do Raciborza
ubrany na czarno jeździec.Widać było,że koń dobywał resztek sił utykając
na jedną nogę.W pewnym momencie koń potknął się mało nie zrzuciwszy
jeźdźca.Konny zeskoczył i podszedł do małej drewnianej chatki z boku
której dobudowana była kuźnia.Chata mieściła się na rozstaju dróg które
biegły jedna do osady Pszów,druga do samego Raciborza tonęła w gęstym
lesie.Jeździec walił pięściami w zaryglowane od środka drzwi.
-Jest tam kto,krzyczał.Otwieraj bo do księcia Mikołaja zdążam z ważnymi
wiadomościami.
-A skond mom wierzyć,że do ksiyńcia,z za drzwi słychać było męski głos.
-Książęcy rycerz nie bój się,otwieraj.Pomożesz to nagroda cię nie minie.
Dało się słyszeć trzask odsuwanej zasuwy i w drzwiach ukazał się rosły
chłop z kudłatą głową i żelaznymi cęgami w dłoni.
-Dyć panie nie dziwujcie sie,że sie boja.Co chwila inszy klupie,a kożdy
wożny;jedyn od Korybuta,inszy od Puchały a przed chwilkom to byli
tukej ludzie od samego księcia Bolesława.
-Prawisz,że książęcy jechali tutaj przed chwilą?
-Juści panie,ale byli z nimi ludzie od Raczka.
-Słuchaj chłopie,konia mam zdrożonego i potrzebuję zmiany.
-Kej u mnie panie koni ni ma,były dwa ale baba z cerom pojechały do
Pszowa bo tam je bezpieczniyj.
-Daleko do tego twojego Pszowa?
-Niedaleko panie ,cza skryncić w lewo,przejechać lasek,skryncić w prawo,
przejechać Nacynka i już sie je.Piechotom bydzie panie szykownych pora zdrowasiek.
-Jak cię zowią?
-Janik Sobol,panie.
-Posłuchaj Janiku.Pójdziesz do tego Pszowa,przyprowadzisz jenego z twoich koni,byle był zdatny do drogi,a ja ci zostawię mojego ogiera który
jest zdrożony ale to koń przedniej krwi,pamiętaj.Janik spojrzał na rumaka
uwiązanego do płotu i w mig zorientował się,że to jest nie byle jakie
zwierzę.
Za nim chłop przyprowadził konia a właściwie szkapę,której jedyną zaletą
było,że żyje,rycerz rozkulbaczył swojego ogiera,pozwalając mu się paść
na łące a sam odpoczywał pod rozłożystą lipą.
-Masz tu talara Janiku,a o mojego konia dbaj,bo to szlachetne zwierzę,
pochodzi od dowódcy hazaru tatarskiego,który oblegał Racibórz.
Rycerz dosiadł szkapy i zniknął za zakrętem drogi,gdy kowal gwizdnął
na palcach a w podłodze otworzyła się klapa,z której wyszło trzech
chłopów ubrudzonych ziemią.
-Ha ha ha,na tej habecie daleko nie zajedzie,ani do Syryni,dyć ona jyno
dlo tego ruszała szłapami,bo dostała skopek piwa i je naprano.A poiydz
mi Iżi,ci w pywnicu żyją-Żyjom,co by mieli nie żyć.Kowol je uwionzany,
a baby leżom bo som spite piwymTrza było tego rycerza pyrlikym bez
łeb piznąć,to isto wpadło by nom trocha dukatów.Żywy może nom napytać biydy.
-Niy miej strachu,wszystko idzie ku dobrymu.Rycerz myśli,że jo je kowol
wierny poddany księńcia Mikołaja.Jak go nasi nie za szlachtujom to isto
pudzie z Mikołajym na wojaczka.Padajom pod Glywicami,Rybnikym,
Pszczynom som nasi.Oblygajom Żory.Isto se użyjom.
-Kaj som te prawowierne husyty,nie wiela użyjom,beztusz jo wola som
prowadzić wojna,na własny użytek ale na rachunek tego Prokopa.
Dziwejcie sie miast zdobywać miasto i dostować kamiyniami po łepie,
a jak mosz pecha to ci kidnom kibel gówiyń na gowa,wola zdobyć chałupa
z cołkim dobytkiym,żarciym i babami.
-Moż prawie;a jake som chyntne do tej roboty szczególnie jak poczujom
nóż na hyrtoniu.
-Nóz niy nóż kożdo je hyntno.Wiela z nich jyno sie boi grzychu,a jak z
nich zdyjmiesz tyn strach to kożdo sie parzy ani koty w marcu.
-Dobrze godosz.take one som,jyno wolom co by ich nikt nie widzioł przi
tej robocie.Wele Legnicy naszli my piyńć szumnych bab,była miyndzy nimi paniczka wielkigo rodu.Co to było lamyncynio a ślimtanio,jyno jak
kero znolozła sie w inszej izbie,tak co jom nie widziały zaroz przestała
lamyncić a nodstawiała,że hej.A ta pniczka to aże prosiyła-Iżyczku jeszcze
trocha,jeszcze...się przechwalał a już za jego plecami stało trzech konnych.
Zorientował się,że ktoś obcy mu się przygląda,bo zniżył głos i powoli
odwracał głowę i zamarł.Poznał swojego dowódcę-wyrhniego Wadislawa.
Husyta,przeciwnik papieża i wiary ale i przeciwnik wszelkiej rozpusty.
-No Iżi znalazłem cię,zdradziłeś naszą sprawę.Gwałty czynisz a zła sława
spływa na husytów.Nadszedł wasz kres i twój Janiku.Niech no któryś
wejdzie do środka i zobaczy ilu tam pokrzywdzonych.
-Litości mości Wladislawie,żodnego trupa-to mówiąc próbował ciałem
zasłonić wejście do domu.
-Związać go i pozostałych też.Niech który zajrzy do piwnicy.
Po chwili żołnierze wytaszczyli na światło dzienne wytarzanego w ziemi
kowala i dwie półnagie pijane kobiety.
-To ladacznice,pijane jak świnie-krzyczał Iżyk.
-Prawda to?zwrócił się Wladislaw do kowala.
-Panoczku dyć to je moja baba i cera-na siyła wlywali w nie gorzołka a
po tym na moich oczach...kowal sie rozpłakał.
-Nie kończ kowolu,tego nie godzi się słuchać.Powiesić wszystkich,o tam
na lipie-wskazał na drzewo,pod którym nie tak dawno odpoczywał rycerz
księcia Mikołaja.
-Wladislawie,powiem ważną rzecz,ale daruj mi żcie.
-Nie daruję,a ty wyśpiewasz wszystko jak na spowiedzi,jak ci pachołek
wsadzi do rzici rozpalone żelazo.
-Ale darujcie mi życie-krzyczał przerażony Iżyk.
Na znak dany przez Wladislawa,pachołki zaciągnęli wszystkich pod lipę.
Tamtych wieszali,a Iżyka postawili przodem do pnia,tak jak by chciał go
objąć rękami.Ciasno związali mu ręce.Skamlał jak skopany pies gdy
pachołek rozpalał na kowalskim ognisku kawał żelaznego pręta.Gdy pręt
rozpalił się do czerwoności Wladislaw osobiście włożył go w odbyt
nieszczęśnika.Ryk bólu mieszał się ze smrodem palonego ciała.
-Panie wszystko powiem.Litości!
Wladislaw odstąpił od skazańca i wręczył pręt kowalowi.
-Tobie go zostawiam kowalu.Wiesz co z nim zrobić.
-Oj wiem panie,wiem.Szłapy mu podkuja podkowami,te jego instrumynta
uzmaża na ogniu.Bydzie żałowoł,że sie urodziył.
-No to ci go zostawiam,a ci ,wskazał na wisielców niech wiszą ku
przestrodze dla nnych.


Szalej - Rozdział 9 - Oblężenie

Oblężenie


Hetman Wilhelm stał na samym szczycie zamkowej wieży i
bezradnie przyglądał się pogromowi jaki husyci urządzili mieszkańcom
Rybnika.Brali srogi odwet za klęskę,jaką mały oddział Piotra Polaka po-niósł w Rybniku.Dzisiaj gdy połączył siły z oddziałem litwina Zygmunta Korybutowicza powinowatego samego Jagiełły-który obrał sobie Gliwice
jako siedzibę i przyszłą stolicę państwa śląkiego z jego osobą w roli króla;
miał miażdżącą przewagę z którą Rybnik nie potrafił sobie poradzić.Płonął
nie tylko Rybnik ale i wszystkie okoliczne sadyby:Łony,Zagrodniki,Kozie
Góry,Wawok,Rybnicka Kuźnia,Wielopole,Paruszowiec,Ligoca Kuźnia i
Piaski.Rozbestwione oddziały nie dawały nikomu pardonu,miasto które
nie miało murów obronnych nie było zdolne przeciwstawić się takiej
sile wojsk husyckich.Husyci zastosowali podstęp który się powiódł,otóż
początkowo słychać było wyłącznie mowę polską(kacerze),co uśpiło czujność wielu mieszczan,którzy nie schronili się w otaczających miasto
lasach i mokradłach.Gdy prawda wyszła na jaw było za późno.Jedynie
zamek przezornie pozamykał bramy i podniósł zwodzony most.Hetman
zamecki Wilhelm nie pomylił się węsząc podstęp i każąc wszystkim
księżom i zakonnicom skryć się na zamku.Po za księżmi jeszcze tylko
kilka rodzin bogatym ziemian schroniło się na zamku zasilając załogę.
Wprawdzie Maciej,rycerz który gościł na zamku,widział tłumy podążające
w kierunku lasów suminskich,ale wielu nie zdążyło i płaciło straszliwą cenę za nie tak dawne zwycięstwo nad oddziałem Piotra Polaka i rycerza
Runsztajna zwanego Jastrzębiem.
-Hej Wiluś-krzyczał jakiś pijany husyta do hetmana na zamku.Posłuchaj co ci powiem.My jesteśmy wojsko księcia Korybutowicza,króla Czech
a za niedługo i Śląska nie masz szans się obronić.Otwórz bramy a my
puścimy wolno mieszczan,pokazał na liczne grono wziętych do niewoli
mężczyzn,kobiet i dzieci.
-Ty obleśny zbóju,zdrajco!Miast walczyć z krzyżakami,własnych braci
gromisz.Tyś nie je ani Polok ani Litwin.W piekle bydziesz sie smażył.
-Kto się będzie smażył,ten się będzie smażył.Mości Wilusiu obrońco rudery.Popatrz jak się miasto pali,wystarczy ognia by cię usmażyć i
i psom dać na pożarcie.Otwieraj wrota po dobroci.Otworzysz,a damy si
w nagrodę piękną kobietę.Młoda ci jest i do kochania chętno,naszym już
sił brakuje,może ty stary borsuku jej dogodzisz.
-Nie wierza,stary cyganie,hetman na samą myśl,że któraś z mieszczek
lub okolicznych ziemianek mogła wpaść w ręce tej bandy oprychów,aż
się spocił.
-Nie wierzysz?To poczekaj,zaraz ci ją przedstawię,myślę,że się znacie.
Wycofał się,by po chwili przyprowadzić młodą kobietę w habicie mniszki.
-No co Wiluś,zmiękła ci rura?
-O Matko Bosko!-odezwał się głośny okrzyk za plecami hetmana.To jest
zakonnica kero osłabła na trasie jak my uciekali spod Nysy.Widać jom naszli-Maciej stał wpatrzony w krzykliwego żołdaka.
-Hetmanie,prowadź z tym wojokiym godka jak nojdłużyj.Musza jom odbić
choćby przyszło paść.To jo jom zostawiył na trasie.
W czasie gdy hetman prowadził targi z wrzaskliwym wojakiem ,Maciej
dosiadł konia i boczną bramą wyjechał poza mury zamkowe.Widać,że
przeciągające się targi zdenerwowały żołnierza,bo w pewnej chwili złapał
mniszkę za włosy chcąc podciąć jej gardło,gdy nagle gdzieś z boku strzała
wystrzelona z kuszy przeszyła jego pierś.Padł jak rażony piorunem nie
wydawszy głosu.Wtedy z cienia wyłoniła się postać rycerza na siwym
koniu,która galopem pędziła gdzieś od strony Nacyny.Dwóch młodych
żołnierzy,którzy pilnowali ustawionych w szeregu mieszczan wziętych do
niewoli nawet się nie broniło.Sądzili pewnie,że to swój nadjeżdża.Dopiero
gdy pierwszy padł cięty mieczem,drugi usiłował doskoczyć do Macieja,
bo on to był,lecz nie zdążył zrobić kroku,bo oto z murów zamkowych
kusznik przeszył go na wylot.Teraz wszystko odbyło się bardzo szybko.
Maciej podjechał do przerażonej mniszki,złapał ją,posadził przed sobą na
koniu,a mieszczanom pokazał gdzie mają uciekać i spiął konia galopując
w kierunku wąskiej bramy otwartej specjalnie dla niego.Wszystko odbyło się tak szybko,że plądrujący Rybnik nawet nie zwrócili uwagi na zniknięcie mniszki i grupy mieszczan skazanych na śmierć.W pewnym
momencie pijany mordem i grabieżą tłum przypomniał sobie o zamku.
Przecież tam są skarby,tam są księża ze złotem i srebrem.Podchodzili
bezładną grupą pod mury pewni,że zamek podda się bez walki w zamian
za złudną obietnicę wypuszczenia na wolność zakonnicy i bogatych mieszczan.Wtedy zorientowali się,że ich kompany leżą z przestrzelonymi
piersiami a mniszka i mieszczanie zniknęli.Tłum żołdactwa zawył nie-
opisaną nienawiścią.Znowu ten borsuk zamkowy Wiluś wystawił ich na
pośmiewisko.
-Zdobyć zamek!-padła komenda pijanego oficera.
-Na zamek-zawtórowała reszta żołnierzy.
Rybnicki Zamek,stara budowla postawiona na rubieżachKsięstwa
Wielkomorawskiego czasy swojej świetności miał za sobą,Restaurowany
w latach dwudziestych trzynastego wieku przez księcia opolsko-raciborskiego Kazimierza zyskał nowy wystrój,mury obronne i fosę to jednak nigdy nie spełniał warunków które kwalifikowały by go jako obronny.Wiedział o tym hetman zamecki,upatrując możliwości jego
obrony w rozlewiskach i moczarach rzeki Nacyny.Uwolnieni mieszczanie
wzmocnili wprawdzie załogę,lecz byli równocześnie dodatkowym obciążeniem-szczególnie gdy chodziło o jadło.
W świetle łuny pożarów rycerz Maciej zsadzał z konia przerażoną mniszkę
Była blada na twarzy i jak by skurczona w sobie.Przejścia ostatnich dni
malowały się przerażeniem w jej oczach.Umierającą z głodu,pogodzoną
z losem znaleźli ją hasający po okolicy husyci.Od hańby uratował ją jej
stan,była po prostu konająca z wycieńczenia i głodu i jako taka zupełnie nie wzbudzała zainteresowania żołnierzy.Jak przez sen pamięta żądania
wyrzeczenia się krzyża i sakramentów-nie reagowała.Pewnie umarła by
porzucona w krzakach gdyby nie jeden z wojaków,w którym widać tliły
się ludzkie uczucia.Napoił ją,nakarmił kaszą i woził na swoim koniu.
Do czasu.Gdy przyszło do walki stanowiła zbyt duże obciążenie i dla
konia i dla jeźdca.Porzucona niedaleko Wodzisławia wpadła w ręce samego rycerza Runsztajna-Jastrzębca postrachu całej okolicy-szczególnie
dziewcząt i niewiast.I gdy wydawało się,że jej los jest przesądzony,kolejny
cudowny zbieg okoliczności uratował jej życie i cześć.Otóż Runsztajn
zabiegał o względy młodej wdowy-pani na Jankowicach która w obawie
przed jego natarczywością schroniła się pod opiekę księcia Mikołaja w
Raciborzu.Kiedy Jastrząb przekonał sie,że ma do czynienia z zakonnicą,
a znał pobożność księcia,postanowił wykorzystać osobę konsekrowaną jako zakładniczkę za panią na Jankowicach i Bijasowicach.Nie wiadomo jak potoczyłyby się losy mniszki gdyby nie zwrot wydarzeń.Otóż główny
dowódca oddziałów husyckich i kacerskich Piotr Polak postanowił zdobyć
Rybnik by zmazać klęskę jaką poniósł z rąk hetmana Wilhelma.Prywatna
sprawa Runsztajna-Jastrzębca siłą rzecz zeszła na plan dalszy.
-Świątobliwo siostro,jak bardzo sie ciesza,że mogłech Wos wyrwać z rąk
tych piekielników.
-Oby dobry Bóg wybaczył im ich grzechy.Ja dzięki cudownemu zbiegowi
ocaliłam i życie i cześć niewieścią,ale com się na patrzała i na słuchała
tego nie da sie opowiedzieć.Dobry rycerzu,taką mam prośbę,musisz
dotrzeć do księcia pana i przekazać mu ważne wiadomości,które usłyszałam w czasie ich pijackich rozmów.Zapamiętaj co mówię.Zygmunt
Korybutowicz opanował Gliwice i zamierza się koronować na króla całego
Śląska.Powiedz księciu,że w najbliższym otoczeniu hoduje zdrajcę,może
ich być więcej,nazwisk nie znam ale,że są-to jest pewne.Wiedzą o każdym
jego zamiarze.Powiedz księciu,że polskie pany bez przerwy zgadują się z husytami.To wiem,że szykuje się wielka delegacja husycka do Krakowa,
do samego Jagiełły.Ma jechać Prokop,Dobek Puchała,Korybutowicz i inni.
Słyszałam,że Polacy za pomoc w wojnie z zakonem krzyżackim gotowi są
zrzec się roszczeń o Śląsk.Szykują wielką ostateczną wyprawę na Śląsk.
Powiedz mu,że oczekują pomocy od panów z Wielkopolski,Podola i Rusi.
Razem z księciem Bolkiem V z Głogowa szykują wyprawę na Racibórz
i Rybnik.
Dalszą rozmowę przerwał hałas dochodzący spod murów zamkowych.
To pierwsze oddziały połączonych sił husytów i kacerzy przypuściły szturm na zamek.Miasto było całkowicie splądrowane.Powolutku ucichły wrzaski i lamenty,komu udało się przetrwać ten zaszył się w najgłębsze
nory.Cała załoga wyszła na mury gotowa bronić się do ostatka.Wiedzieli,
że w razie przegranej czeka ich śmierć w męczarniach.Mężczyźni i kobiety
stali ramię przy ramieniu,by bronić dostępu do murów.Szczególnie dzielni
byli rycerze Wilhelm i Maciej,ustawieni w najbardziej zagrożonym miejscu od strony kościoła Bożego Zbawiciela i od strony Zagrodników,
siali spustoszenie swoimi mieczami.Która głowa wychyliła się ponad mur
była ścinana jak makówka przez żniwiarza.Dzielnie spisywały się kobiety,
które gotowały wrzątek w kadziach a następnie lały go na głowy pijanych szturmujących.W oknach zamku ustawieni byli łucznicy i kusznicy którzy
siali śmierć wśród napastników.Opór obrońców rodził wściekłość wśród
przeważnie pijanych żołdaków,którzy zupełnie nie zwracali uwagi na fakt, że tak chaotyczny atak nie może dać efektów,przy dobrze zorganizowanej obronie,popartej pełną determinacją.Niespodziewanie duże zagrożenie
powstało od strony południowej zamku,gdzie żołnierze Korybutowicza
ścięli ogromne drzewa i spuścili je na mur tak,że stanowiły pomost do
łatwego pokonania muru.Pierwsi żołnierze wdarli się na plac zamkowy i
wydawało się,że to jest koniec.Głośne hura miało siać przerażenie i strach
a stało się inaczej.Rybnickie kobiety wzięły się do roboty,jedne gotowały
wrzątek a drugie lały go do kufli po piwie i niby częstowały żołnierzy ale
jak który podszedł bliżej został oblany wrzątkiem.Chluśnięcie w twarz
odbierało ochotę do walki.Poparzeni latali w koło próbując ściągnąć hełmy i zanurzyć głowę w zimnej wodzie,ale żadnemu to się nie udało,bo co który ściągnął hełm i pochylał się nad beczką z zimną wodą,dostawał potężne uderzenie cepem od „Chrubej Berty”,młodej kobiety o potężnej posturze która normalnie pracowała w zamkowej kuchni.
Hetman Wilhelm widząc zagrożenie na odcinku południowym posłał na
pomoc walczącym kobietom kilku pachołków uzbrojonych w piki i topory.
Pierwszy przyleciał niejaki Reclik.Nawet nie zauważył,że na kalfasie stoi
potężna Berta i rozdaje ciosy na prawo i lewo.każdemu kto znalazł się w
zasięgu cepa.Dostał i Reclik,który przystanął ,popatrzył się zdziwiony na
potężną babę i dopiero padł jak ścięty kłos.Teraz obrona poszła już raźno.
Ktoś przytaszczył beczkę dziegciu,rozlał go na ścięte drzewo i podpalił.
Słup ognia i czarnego dymu odgonił pozostałych żołnierzy,którzy uznali,że tędy zamku nie zdobędą.Zapał szturmujących powoli słabł.Na dzisiaj
zamek był obroniony.Pijani,zmęczeni napastnicy odstępowali zostawiając
na placu trupy swoich kompanów.Obrońcy mieli czas odpoczynku. W ogromnej sieni zamku hetman Wilhelm zwołał wszystkich znaczących
obrońców na naradę,pozostawiając na murach jedynie wachty.Byli więc
rycerze z okolicznych opoli,było kilku feudałów z okolicy,byli rybniccy księża z proboszczem na czele,był rycerz Maciej z przyboczną drużyną,
były też Rybniczanki,które wykazały się niepospolitym męstwem w czasie
szturmu.Brakowało jedynie zakonnicy,która w przyzamkowej kaplicy
modliła się,dziękując Bogu za cudowne ocalenie.
-Zamku nie obronimy-powiedział hetman.Jest nas za mało,mury są za niskie,fosa za płytka a napastników jest dużo.Dzisiaj to była jedynie próba. Byli pijani szli na hura,ale jak się zorganizują i zaatakują naraz pełną siłą, to zamek się nie obroni.Musimy żyć,by dotrzeć do księcia Mikołaja.On
potrzebuje każdej pary rąk zdolnej udźwignąć miecz.Jedyna rzecz jaka nam pozostała to po kryjomu opuścić zamek i pzrekopem na Smolna a
następnie traktem przez Pszów,Bzie dotrzeć do Raciborza.
-Wypadnie to zrobić z zaskoczenia-powiedział rycerz Maciej.Kiedy zasną,
wypadniemy i przebijemy się lasami na Gaszowice-Sumina po tym Rudy,
może Cystersi nam pomogą,a jak nie to prosta na Racibórz.
-A kobiety?a dzieci?a zakonnica?Zostawić je na pastwę tej heretyckiej
hołoty?
Nasi kuzyni Czesi,pobratymcy kacerze polscy-taka sromota,kapłan trzyma się za głowę.Pan Bóg nie rychliwy ale sprawiedliwy.Doczekają się zapłaty
-Fakt,przebić mogą się jedynie konni,głośno rozmyślał hetman.Nikogo nie zostawimy na łasce husytów.Będziemy się bronić,jak przyjdzie zginąć to
zgniniemy razem.Teraz wysłuchamy mszy świętej,za nasze ocalenie a potem spać by nabrać sił do dalszej walki.
Prawie w zupełnych ciemnościach,przy jednej tlącej się świecy,rybnicki
proboszcz odprawiał mszę.Nikt nie śpiewał,każdy szeptem rozmawiał
z Bogiem,polecając mu los Rybnika i bliskich.


Szalej - Rozdział 8 -Ucieczka

Ucieczka



W starym lesie sosnowym panował ponury półmrok.Omszałe od starości gałęzie splecione srebrnymi pajęczynami,potęgowały wrażenie grozy i tajemniczości.Grobową ciszę niespodziewanie przerwał donośny krzyk spłoszonej sroki
-Pujdziesz precz ty żagato dioblico,widzicie jom jak sie na nos uwziynła,gotowo nom skludzić na łeb jakoś banda. Grupie kobiet ubranych w czarne zakonne szaty przewodził starszawy mężczyzna,lekko szpakowaty choć z postawy jeszcze w dobrej kondycji fizycznej będący.Ubrany w ciemnobrązowy żupanik,jaśniejsze hajdawery wpuszczone w wysokie buty z cholewami,robił wrażenie rycerza śląskiego
u którego zaznaczały się wpływy zachodnie w postaci białego żabotu,który
kontrastował z resztą odzienia.W prawej ręce dzierżył dębowy kostur,ale u pasa nosił krótki miecz-jak przystało na rycerza.
-Macieju,zostaw srokę,bo ją jedynie drażnisz i do większego hałasu zachęcasz,głos zdradzał,że była to dama skoro przyganiała rycerzowi. Wrzask sroki zawsze coś zwiastuje,boja sie,że może zwabić rabusiów. Pełno ich wkoło nas,to i głos sroki może ich naprowadzić na nosz trop. Ledwo my uciykli z klasztoru podziymnym wykopym,isto mogom nos szukać,przecaż podążajom na koniach a idymy piechotom.Najgorsze to żeście som źle ubrane-pokazał wzrokiem na grupę sióstr zakonnych w czarnych habitach.
-Macieju nasza jedyna ostojo,co radzisz?jesteśmy słabe kobiety,bez ciebie
nie damy rady.
-Mości pani,powiedział Maciej,za dużo nos w jednej grupie;ciynżko jest sie ukryć tela ludziom.Muszymy podzielić sie na mniyjsze grupy,tak aby łacniyj szło sie prześlizgnąć miyndzy husytami.Muszymy zdobyć szaty, tak co by siostry sie przeblykły,w habitach daleko nie ujdom. Gdy to mówił dziesięć sióstr pytającym wzrokiem śledziły każdy jego ruch Każda błagała wzrokiem,żeby znaleść się w grupie z Maciejem.Wszystkie były świadkami okropności,o jakich wcześniej nie wiedziały,że istnieją. Z okień klasztoru,położonego poza murami miasta widziały bitwę toczoną przez wojska biskupa wrocławskiego Konrada z wojskami husytów i polskich kacerzy,którymi dowodził sam Prokop Łysy.Widziały zdradę części wojsk biskupich,które przyłączyły się do husytów.Klęska,krew,lament i przerażenie,dantejskie sceny gdy rozpasane żołdactwo pastwiło się nad pokonanymi. To prawdziwy cud,że razem z rycerzem Maciejem znalazły się w piwnicach klasztoru w chwili gdy do środka wdarli się żołdacy Prokopa Łysego.Wielkiego następcy Jana Husa,spalonego na stosie w Konstancji. Prokop Łysy nazywany przez niektórych Wielkim święcił swój wielki tryumf. Szczęściem w piwnicy w której przebywał Maciej z kobietami było tajne przejście prowadzące w kierunku pobliskiej rzeki Nysy.Pewnie dawno by uciekli,zacierając ślady,gdyby nie los księżnej,która akurat bawiła w klasztorze i znajdowała się pod osobistą opieką rycerza Macieja-starego rębajły bywałego w niejednej bitwie.W tej sytuacji,by księżną od hańby ratować Maciej poukrywał mniszki pomiędzy beczkami z winem a sam pobiegł do sali modlitewnej,gdzie spodziewał się zastać księżną na modlitwie. Gdy wbiegł na schody klasztor cały opanowany był przez husytów.Z cel dochodziły jęki i wołanie o pomoc.Nie zważał na nic,znaleść księżnę-to jedyny cel.Widział porozrzucane obrazy święte,walające się po podłodze krucyfiksy i inne cenne przedmioty.W ogólnej wrzawie wyrażnie słyszał polskie głosy-to kacerze szukający dobytku i młodych niewiast.I chociaż to kacerze stanowili duże zagrożenie dla księżnej,to tym razem byli dla Macieja wybawieniem,bo mówili tym samym językiem i mógł wmieszać się w tłum udając,że plądruje,a właściwie szukając księżnej.W końcu ją zobaczył,stała w grupie innych kobiet,blada jak płótno.Ratowało ją to,że na sobie miała pokutne szaty,przez co nie wyróżniała się z tłumu mniszek. Maciej zauważył,że księżna na szczęście była w rękach czeskich husytów którzy mniej nastawali na cnotę niewieścią,dla nich ważniejszym było wyrzeczenie się wiary,pomstowanie na księży i papieża. Wysoki kudłaty husyta,z krucyfiksem w dłonie,chodził od mniszki do mniszki i kazał pluć na ukrzyżowane Chrystusa.Pierwsza mniszka miast na krucyfiks napluła w twarz husycie-jego reakcja była natychmiastowa. Trzymanym w drugiej ręce nożem,poderżnął jej gardło.Widok był przerażający-bezbronna słaba kobieta i rosły uzbrojony wojownik.Gdy podchodził do drugiej zakonnicy,ta przerażona widokiem zemdlała i upadła na podłogę,chciał ją pchnąć nożem ale z tyłu odezwał się ktoś mówiący po polsku.
-Niechaj ją dla mnie Peter,jest jeszcze młoda.
-Nu,kogo widzę sam Dratewka,no ty se masz zawdy mało-kopnął kobietę
w kierunku kacerza.Jeszcze kilka kobiet zmuszanych było do wyrzeczenia
się wiary ale Maciej wpatrywał się w blade oblicze księżnej.Była ubraną w czarny pokutny habit,który zakrywał książęce szaty,ale niebezpiecznymi były jej smukła sylwetka i uroda.Nie poznali,że oto przed nimi stoi córka wielkiego wroga husytów,gdyby to wiedzieli,daliby wiele by ją mieć;było
by czym szantażować znienawidzonego księcia.Kudłaty olbrzym podsunął jej krucyfiks do oplucia,odwróciła twarz na bok,kudłacz podniósł nóż gdy Maciej krzyknął:
-Mnie ją dej Peter-to miejsko ladacznica,dlo niyj gardło to za mało.
-A ty co z nią zdelasz-krzyknął kudłacz.
-Zaprowadza jom przed ołtorz i tam koża tańcować ku uciesze wojoków. Księżna nie rozpoznała umazanego krwią i błotem rycerza Macieja, przerażenie malowało się na jej twarzy myśl,że wypadnie umrzeć w hańbie i poniżeniu była porażająca.
-Tak bier ją skoro to kurwa,bo się rozmyślę-coś harda ta pani,powiedział
pod nosem. Maciej tylko czekał na przyzwolenie,brutalnie złapał księżnę za rękę i pociągnął ku sobie.
-Z drogi chłopy,a przyjdźcie za godzina przed ołtorz,uwidzicie teater. Ciągnął ja brutalnie,wymyślał i popychał przed siebie.Szli długim korytarzem,ściany zbryzgane krwią,na schodach pełno trupów,że trudno było postawić stopę by się o kogoś nie potknąć.Teraz dopiero Maciej nachylił się i szepnął księżnej na ucho.
-Wyboczom jaśnie pani ale inaczyj nie idzie,mogą sie domyśleć.Zdziwiona
pani stanęła,przeżegnała się i spojrzała w twarz rycerza.Po chwili uśmiech
ulgi rozjaśnił jej twarz-poznała Macieja.
-Z własnej winy wpadłam w te opresje,nie posłuchałam rady by opuścić klasztor i udać się na zamek do Oleśnicy.Bóg mi cię zesłał Macieju.Rycerz
nie odpowiedział słowem,bo wiedział,że niebezpieczeństwo nie minęło Stanęli przed drzwiami które wiodły do piwnicy.Maciej chwilę mocował się z zamkiem,następnie otworzył tylko tyle by mogli wśliznąć się na wąskie kręte schody prowadzące w dół.Gdy weszli do pomieszczenia w którym Maciej zostawił mniszki okazało się,że któryś z husytów z węszył
wino a teraz ugania się za młodą zakonnicą.
-Tak widzę,że masz mladą szlachciankę,białe lico,spinka we włosach, odezwał się do Macieja.No to ja ci pomogę..nie dokończył zdania bo jedna z zakonnic zdzieliła go cynowym dzbanem w łeb.Zwalił się na podłogę a Maciej na wszelki wypadek,dołożył mu rękojeścią noża. Można było iść dalej.Wpierw należało zablokować drzwi by opóźnić ewntualny pościg.Teraz Maciej zgarnął pozostałe mniszki i wspólnie odgrzebali stare,
zastawione beczkami i drabinami drzwiczki drzwiczki,które prowadziły do
głębokiego i ciemnego lochu zionącego stęchlizną i chłodem. Nie było czasu na zastanawianie się-tym bardziej,że za drzwiami dało się słyszeć gwar plądrującego żołdactwa.Księżna,chociaż z natury delikatna dała przykład odwagi.Pierwsza po drabinie zeszła na same dno ganku dając przykład lękliwym zakonnicom.Gdy wszyscy znaleźli się w ganku, Maciej zamknął klapę włazu i z pochodnią w jednej ręce i mieczem w drugiej torował drogę.Szli wśród pisku szczurów i gęstych pajęczyn.Gdy do ich uszu doszedł tętent końskich kopyt Maciej domyślił się,że są poza klasztorem,pytanie czy na pewno loch prowadzi w kierunku rzeki.Raz o mało nie wpadli w ręce kacerzy,po prostu loch musiał biec pod jakąś skarpą,bo nagle z prawej strony zobaczyli snop światła,które wdzierało się do środka.Stanęli pewni,że to jest koniec.Maciej ostrożnie zrobił kilka kroków i spostrzegł z boku zakratowany właz,a obok przy ognisku grupę wojaków grzejących ręce.
-Hej ty tam,jak tam wlazłeś-zauważyli go.
-Wyjście do lochu je hań za miastem,skłamał.Tukej nic nie znojdziecie, szczury,wilgoć i pajynczyny.
-A ty od kogo,dopytywał się zgłos.
-Od Dratewki-znowu zełgał Maciej.
-A od tego chudego babiorza,znom go.
Maciej nie wdawał się więcej w rozmowę.Sam przeszedł przez oświetlone
miejsce i zobaczył straszny widok-trupy żołnierzy,mieszczan i kobiet.W smugach światła zobaczył przywiązanego do słupa rajcy Miejskiego.Teraz
należało przeprowadzić przez miejsce oświetlone smugą światła kobiety. Pierwsza przechodziła zasłaniając twarz księżna,następnie jedna po drugiej
mniszki,aż ostatnia nie wytrzymała i z ciekawości przystanęła,żeby popatrzeć na straszny obraz.Widok był tak wstrząsający,że mniszka odruchowo zrobiła znak krzyża.
-Baba,hej chłopy baba,pijany husyta dojrzał mniszkę.Przyklejony do kraty próbował złapać ją w swoje łapy.-Mniszka sakra,mniszka,krzyczał. Maciej wyskoczył przed kratę,zasłonił mniszkę sobą i śmiejąc się powiedział:
-A ty co,chłopa od baby nie odróżniosz?Żołnierzowi chcesz zamiynić jego
przyrodzynie?To obraza kero wymago krwi-pchnął go mieczem w pierś. Maciej widząc,że robi się zamieszanie,krzyczał na cały głos.
-Mnie rycerza nazywo babom,otwórzcie te kraty bo musza go po siekać
na drobne kawałki.Tako zniewaga!
Pijani husyci popatrzeli i wrócili na swoje miejsca przy ognisku.Jeden zabity więcej czy mniej,kogo to obchodzi
-Jaśnie pani gibko do wyjścia,zwrócił się do księżnej,pryndzej czy późniyj
zainteresują się trupym kompana.Biegli potykając się o rózne przedmioty w nieustanym pisku szczurów i trzepocie nietoperzy.Księżna kilkakrotnie upadała raniąc dłonie do krwi,ale zawsze dzielnie wstawała i ponaglała mniszki do biegu.
-Pamiętajcie,to nasze życie i cześć niewieścia,tłumaczyła słabnącym i coraz bardziej zniechęconym mniszkom.Tak dobiegli do miejsca z którego
było widać,początkowo mały,ale stale powiększający się jasny punkt.Byli prawie u wylotu tunelu gdy dobiegły ich ludzkie głosy.Bardzo blisko jakiś męski głos wydawał rozkazy.
-Pośpiychejcie bo czasu momy mało.Siodać do środka łódki i schylać sie, żeby nie poznali,że wiezymy baby.Jorga zbiyrej od kożdej zapłata,złoto i insze kosztowności,kero ni mo niech wysiodo.
-Macieju widać bogate mniszki uciekają przed husytami,księżna mówiła sprawdzając jakie kosztowności ma na sobie.Złota klamra,łańcuch i krzyż,
to mało.
-Wyskocza i zajmia łódka,obyjdzie sie bez płacynio.
-Siłą nic nie wskórasz,obiecaj po dukacie od każdego z nas. Maciej gdy wyszedł z tunelu cały umorusany,obwieszoną pajęczynami, z twarzą czerwoną od krwi,którą dla niepoznaki sam sobie posmarował, wyglądał tak przerażająco,że ci uznali go za straszydło albo dzikiego, pijanego husytę,bo nie czekając odepchnęli łódź od brzegu i popłunęli wartkim nurtem.Nie pomogły nawoływania,machanie rękami-łódka zniknęła w zakolu rzeki,
Stali u wylotu lochu,bardzo blisko brzegu Nysy,która w tym miejscy
zwęziła koryto przez co nurt stał się bardziej rwący i niebezpieczny.
-Ostrożnie,jesteśmy jeszcze bardzo blisko miasta,wprawne oko łatwo nas
dostrzeże,księżna zachowywała rozwagę,próbując uspokoić przerażonego
mniszki.
-Trza w pojedynka dolecieć hań do tej kympki drzew,Maciej pokazał ręką
na kilka brzóz rosnących w niedalekiej odległości.Tam sie spotkomy. Zebrani w cieniu brzóz zastanawiali się co dalej począć by dotrzeć do swoich.Podział na mniejsze grupy okazał się niemożliwy,gdyż zdaniem księżnej równał się skazaniu na śmierć pozbawionych męskiej opieki mniszek.Niemożliwym było zdobycie męskich ubrań dla tylu kobiet. Wędrowali przeważnie nocą,jedli szczaw,kwiaty mniszka i stokrotki, wszyscy żuli korę z brzozy i napotkanych klonów,zdarzało się,że Maciej
znalazł jaja ptaków ale było to za mało by nasycić słabnącekobiety.Zbliżyć
się do osad ludzkich w terenie prawie całkowicie opanowanym przez husytów równało się śmierci i hańbie.Pierwsze opadły z sił dwie starsze wiekiem zakonnice,którym spuchły nogi i po prostu nie potrafiły zrobić kroku.Długo zastanawiali się co z nimi zrobić.W końcu Maciej za namową
jednej z nich naciął gałęzi,zbudował szałas,do któregoobieweszły,położyły
się na ściółce z gałęzi i trawy.Gdy odchodzili słyszeli modlitwę kierowaną
do Boga o rychłą śmierć.Była to straszna decyzja,ale jedyna by reszta mogła iść dalej.Instynkt podpowiadał Maciejowi by kierować się w stronę Raciborza-sława młodego księcia Mikołaja,nieprzejednanego wroga husytyzmu wskazywała,że oddziały Prokopa Łysego będą omijały gorący”
teren.Kolejna mniszka trawiona torsjami odmówiła marszu,prosiła by jak poprzednie zostawić ją obok drogi.Tym razem księżna odmówiła.
-Jak trzeba będzie umrzemy razem,zawyrokowała.
Posuwali się robiąc wrażenie upiorów.
-Pamiętaj Macieju,to ci nakazuję,że w razie gdyby mieli nas pojmaćhusyty
to pierwszą mnie zabij.Taka jest moja wola-księżna stała na boku grupy i
szeptem wydawała polecenia rycerzowi,który z przerażeniem słuchał słów
swojej pani.
-Macieju ja wiem,to jest nasz koniec,dalej nie pójdziemy,wszystkie jesteśmy bardzo słabe,nie wiemy nawet gdzie jesteśmy,a i ty ledwo pociągasz nogami.
-W imię ojca i syna i ducha świyntego!Co tyż jaśnie pani żądo,jako mom
księżno zabic tymi oto rynkami?Bodejbych zarozki usech jak polno nać. Myśleć o tym ni moga,ciary mnie przechodzaom!
-A wiesz ty Macieju jaki mnie czeka los?Chciałbyś widzieć swoją panią
w hańbie?
-Oj niy,oj niy jaśnie pani,ale przecarz odeszli my daleko od Nysy i tak se kombinuja,że isto som my niedaleko Raciborza,a to oznaczo,że książę Mikołaj musi być blisko.Schowejcie sie w kszokach i czekejcie na mnie wleza miyndzy ludzi,za sięgna jynzyka i znojda coś do jedzynio. Czekały bardzo długo,zimno i głód powodowały,że traciły instynkt samo- zachowawczy.
-Jeść,jeść krzyczały nieświadome,że mogą być słyszane przez wrogich żołdaków.Skulone ciasno grzały się nawzajem i żuły resztki żywicy którą uzyskały z połamanej brzozy.Naraz do ich uszu dotarł tętent galopujących koni.Skuliły się jeszcze bardziej by pozostać niezauważone.Oddział był nieliczny,minął je i rozpłynął się w dali.Zapanowała cisza,którą za chwilę
przerwał t¶tent następnej grupy.Widać była to grupa ciężkiej jazdy,bo i
ziemia drżała i chrzęst zbroi dowodził,że to pancerni.
-To czeskie husyty-powiedziała jedna z mniszek-Genowefa,gdyż pochodziła z Ołomuńca i biegle mówiła po czesku.Gonią jakiś oddział biskupa Konrada,mówiła szeptem do księżnej.
-A tośmy straciły okazję-westchnęła księżna.Oddział od Konrada,mojego
krewnego,szkoda wielka.Z tego co mówią jesteśmy gdzieś niedaleko
Niemodlina.Widać mocno zboczyliśmy z traktu na Racibórz,na południe
nam trzeba iść.Nagle jedna z mniszek widać półprzytomna,nie potrafiła
zapanować nad sobą i głośno kichnęła.W jednej chwili grupa husytów
otoczyła krzaki,w których siedziały przykucnięte.
-He chłopy,a to mamy holki-zawołał wyrhni oddziału,mały pucułowaty
żołnierz z czerwonym nosem.
Zeskoczyli z koni i pojedynczo wyciągali je przed oblicze szefa.Siedział
na ogromnym koniu cały zakuty w żelazo wystawiając spod podniesionej
przyłbicy fioletowy nos i małe świdrujące oczka.
-Co za jedne?-odpowiadać szybko bo nie mamy czasu.Czy przejeżdżał
tutaj oddział wojska?
-Ano ano odpowiedziała po czesku Genowefa.Mocno zmęczeni,podążali
o tam,pokazała w kierunku bliżej nieokreślonym.
-Nasza holka-krasawica,a co ty tutaj robisz?
-Najechali nas ci których gonicie.Śpieszno im było to porzucili.My głodne
i słabe,nawet mówić trudno.
-Tak zagłodzić chcieli,Konradowe psy,wyrhni ze złości ruszał wąsami.
-Jeść i pić szeptała Genowefa,która okazała się niezłą aktorką.
Na rozkaz wyrhnego każdy żołnierz zostawił im wszystkie posiadane
zapasy żywności-chleb,słoninę,nawet pół usmażonego na ogniu zająca.
Żywność uchroniła je od niechybnej śmierci głodowej.Najadły się do
syta i prawie natychmiast zasnęły.Wtulone jedna w drugą ogrzewały się
ciepłem swoich ciał i śniły,że oto oddział śląskich rycerzy księcia Mikołaja

znalazł je zawiózł na zamek do Raciborza.

Szalej - Rozdział 7 - Narada

Narada

Do późna w nocy paliły się światła na zamku w Raciborzu.W dużym
kominku trzaskał ogień roznosząc w koło przyjemne ciepło.W zbitym z modrzewiowych desek fotelu,oparty nogami o gzyms kominka siedział młody książę Mikołaj,syn księżnej Heleny wywodzącej się z arystokracji litewskiej.Chociaż Mikołaj był jeszcze bardzo młody,ledwo wąs znaczył się ciemnym meszkiem pod nosem,przecież już był szanowany za męstwo
i nieustępliwość w walce z nawałą husycką która ogarnęła Śląsk. Książę z wielką uwagą słuchał relacji,które składali mu rycerze,dostojnicy i przeorzy zakonów.Z prawej ręki Mikołaja siedział ten który choć w małej skali,to jednak po gromił oddział husycki w Rybniku-rycerz i hetman zamecki Wilhelm.
-Rzecz to haniebna,mości panowie,że całe zło które niesie ze sobą ruch husycki tak łatwo zapuszcza korzenie na naszej ziemi,i to nie tylko wśród
biedoty,ale i szlachty.Rozzuchwalił się zbój z Jastrzębia Runsztajn.Doszły mnie słuchy,że to jego ludzie zamordowali wielebnego Walentego z Rybnika i to w czasie kiedy podążał z sakramentami świętymi do chorej niewiasty z Bijasowic,niedaleko Jankowic.Moje opole Bijasowice zniósł z powierzchni ziemi.Nie ujdzie mu to na sucho.
-Husyci,rękami polskich kacerzy napadli na klasztory w Bardzie,Złotoryi, przeor zakonu cystersów z Rud przedkładał księciu notatki z utraconego mienia.Pełno ich w okolicach Nysy,Bytomia i Wrocławia.Wiemy,że i rycerstwo z Litwy i Rusi im sprzyja.
-Bo zło bardziej kusi,cnota wymaga wysiłku,prałat Dobiesław przerwał wyliczenia cystersa.
-Macie rację-przytaknął hetman na zamku rybnickim Wilhelm,słuchałem relację człowieka który przeżył pogrom husycki w Świerklanach.Wierzyć się nie chce ile nienawiści do naszej wiary siedzi w ludziach.
-Znane mi są re przypadki o których prawicie,książę Mikołaj potrafił mówić mową śląskiego ludu,choć na co dzień jak wszyscy piastowicze śląscy używał języka niemieckiego.-Wiem,że jest to walka,ze wszystkim co pochodzi od papieża i cesarza Luksemburga.Wiem,że pod ideą Husa kryją się często zwykli bandyci,których jedynem celem jest grabież,gwałt i mord.Łacno ludziom w głowach po bańtlować.Obiecują,że wszystkie grzechy biorą na siebie ci ich przywódcy,których trudno zliczyć-spalili Husa to znalazł się Prokop Łysy,jest znakomity rycerz Żiżko który przystał
do nich.Pomyślcie mości panowie,że do tego towarzystwa przystał mój krewny Bolko pan na Opolu,Brzegu i Głogóku.Gorze nam,gdy do knowań
husytów dołączy Jagiełło z Krakowa.Ma on swoje interesa by wykorzystać
husytów w wojnie z Krzyżkami.Ten niby hetman Piotr Polak któregoś Wilhelmie w Rybniku pobił zbiera dużo wojska i ponownie szykuje się najechać Śląsk.Nie pójdzie im łatwo,to wam obiecuję.Wiem,że biskup wrocławski i mój kuzyn Konrad Biały twardo stoją po naszej stronie.
-Wielaś ksionże żolu wyloł ze swojego serca-powiedział burmistrz Żor Frysztacki.Wiela żolu i to słusznego,ale nom trza radzić,jak sie przed husytami bronić.
-Prawda to jaśnie panie,włączył się opat zakonu cystersów z Rud,szykują wielką wyprawę wspomaganą przez wielmożów polskich,litewskich i ruskich.Od niedaleko stąd Zygmunt Korybutowicz,powinowaty Jagiełły, wije sobie husyckie gniazdo zamierzając obwołać się królem Śląska. Nadzieja w tym,że wojska biskupa wrocławskiego oraz Konrada pokonają
husytów,którzy gromadzą się pod Nysą.
-Oby Bóg błogosławił Konradowi.Amen.
-Amen odpowiedzieli wszyscy.
Po chwili książę podjął naradę.
-Musimy się szykować do walki z husytami,nie czekając na wynik bitwy pod Nysą.Wszędzie gdzie się da należy znosić oddziały husytów i sprzyjających im polskich kacerzy.Gnębic i nie dawać odpoczynku a w tym czasie zbierać siły do walnej rozprawy.Trzeba aby księża z ambon nawoływali do czujności.Dawać pozór na szpiegów których nasyłają by czynić zamęt.
-Jest jedna sprawa z którą sobie sami nie poradzimy-odezwał się rycerz Żarko z Oleśnicy.
-Z czym mości Żarko?
-Ze zmową polsko-litewsko-czeską.Ten wspomniany już Korybutowicz gości u Witolda w Krakowie,by namaścił go na króla Śląska.
-Dlatego was zwołałem do Raciborza.Musimy wspólnie uradzić jakie podjąć działania.Mam nadzieję,że to nie Witold staje po stronie husytów, choć on jeszcze półpogan.Królowa Zofka mocno trzyma stronę papieża, a Zofka młoda jest i urodziwa.Wiadomo,jaki napalony na babskie powaby jest starszawy król,a przecież na dworze jest jeszcze jedna persona sam Oleśnicki.

-Wiele prawdy jest w tym co mówisz mości rycerzu Żarko.Czeka nas wiele trudu,ale wierzę,że wspomoże nas śląski lud,który dosyć ma heretyckiej udręki.Na razie jesteśmy za słabi by stawić czoła husyckiej nawale,ale przyjdzie i na to czas.Co się tyczy tego Korybutowicza to pchnę umyślnego do kuzyna Konrada na Kłodzku.Będzie go miał na oku.

Szlej - Rozdział 6 - Zasadzka

Zasadzka

Na wschodnim niebie jasno świeciła gwiazda poranna,a daleko za horyzontem niebo powoli nabierało barwy jasnoróżowej,delikatnie przechodząc w złotą poświatę.Gdzieś tam w zaroślach słychać było pierwsze nieśmiałe popiskiwania budzących się ptaków.Przypominało to orkiestrę,która przed koncertem stroi instrumenty.Pierwszy ton podał kos,drugi po słowiku solista.Lękliwe sarny i jelenie ukradkiem przemykały
do wodopoju.Przyroda budziła się ze snu.
-No panowie jesteśmy spóźnieni,głośno powiedział dowodzący Piotr Polak,wyrywając z odrętwienia tych których monotonne kołysanie w siodle uśpiło,jak kołyska niemowlę.Zaczyna dnieć,zagrodniki już się budzą.Zygota do mnie!
-Jestem hetmanie.
-Mijamy Kozie Góry,nie warto dla kilku chałup wszczynać alarm.Jeżeli nas zauważą powiadomią hetmana na zamku,a ten przygotuje obronę. Pamiętajcie,to jest zamek z załogą i jest dużo mieszczan.Atakujemy podług planu-jedni objeżdżają z prawej,drudzy z lewej strony a twoja rola Zygota najwieksza.Popłoch i przerażenie odbiera siły każdemu. -Już jam im zrobię popłoch,mości hetmanie.Wiechcie słomy przywiążę psom do ogona,podpalę i puszczę między strzechy.
-Tylko spraw się lepiej niż Runsztajn z tym kapelanem.
-Kapelan nie żyje,klnę się na mój rycerski honor,Runsztajn stał obok i słyszał rozmowę hetmana z Zygotą.
-Skoro żyje,to mi go pokaż,ot co.
-Martwy on,upierał się Jastrząb,reszty nie pojmuję.
Wprawione w zbójeckim rzemiośle zbiry,sprawnie podzieliły się na oddziały i ze swoimi dowódcami zniknęli w przepastnych lasach,które okalały Rybnik.I chociaż szli cicho jako liszka gdy poluje na mysz,to przecież nie zauważyli,że byli śledzeni.W koronach potężnego buku co rósł na szczycie najwyższego wzniesienia Kozich Gór,siedział ubrany z chłopska młody człowiek.Śledził każdy ruch oddziałów Piotra Polaka.Notował w pamięci,na jakie grupy się podzielili i widać domyślił się co zamierzają.Ledwie ostatni jeździec zniknął w gęstwinie,zwinnie jak wiewiórka zsunął się z buku i sobie tylko wiadomymi ścieżkami pognał w kierunku rybnickiego zamku.
Natarczywe kołatanie do głównej bramy zamku dudniło po całej okolicy. Wa htowy,którym był stary Wiktorin,nieufnie spojrzał przez szczelinę.
-Jaki dioboł robi take larmo po nocy.
-Nie godej za wiela,jyno gibym budź hetmana-husyty som na Koziech Górach i podchodzom z trzech stron. Wiktorin otworzył małe drzwi które były częścią wielkiej bramy.
-Prawisz,że już som.
-Wczora byli w Jankowicach,tam ich zejrzoł Wawrzyn,a joch ich wybadoł
dzisiej jak podchodziyli do Kozich Gór.Budź hetmana i rycerstwo bo czasu je mało.Wnet cała załoga zamku była na nogach.Hetman,który o oddziele Piotra Polaka i towarzyszącego mu oddziału Runsztajna wiedział od ocalałego z pogromu Świerklan chłopa Proćpaka,był przygotowany do
obrony Rybnika.Rozkazy były wydane,każdy wiedział co ma robić i jakie
zająć stanowisko.
-Ty Georg leć do proboszcza niech zabierze wszystko co wartościowe i przybywa na zamek.Jan Skorek ma objechać całe miasto,niech wszyscy którzy potrafią utrzymać w dłoniach kopoczyk,widły lup cepy stają do obrony miasta.Czeka nas ciężkie zadanie.Książe Mikołaj jest daleko.
-Dużo ich naliczyliście-hetman zwrócił się do chłopa który przywiózł wiadomość.
-Bydzie ich dziesiyńć razy po rynce,jaśnie panie.Jest też trocha pieszych
kerzy sie przyplątali do nich.
-Kobiety,dzieci,rogacizna wyprowadzić w bażoły i lasy na Wawok,szybko,
zachować ciszę,niech im się zdaje,że nas zaskoczyli.Tego co sam mianował się hetmanem-Piotra Polaka i Runsztajna zostawcie mnie.Długo
będą pokutować za zło którego dopuścili się na naszej ziemi.Poślę ich do książęcego lochu w Raciborzu.
Ale coś mi śię wydaje,że w 50 ludzi nie będą zdobywać zamku.Chcą wykorzystać zaskoczenie i złupić co się da,najpewniej kościoły,bo tam jest złoto.W czterech grupach wyjdziemy z zamku i zaczaimy się na drogach prowadzących do miasta.-Zagrodnicy z Łony obsadzą wzgórze nad strumykiem który wpada do Nacyny,ludzi z Zagrodników zaczają się na Cerekwicy,niech ich przepuszczą,a następnie odetną im odwrót, ci od strony Żor niech podejdą do Cerekwicy od zachodu,a ja przyjmę ich o tutaj,obok kościoła Zbawiciela-gdzie spodziewają się największych łupów.
Bystry obserwator zobaczyłby ciekawy obrazek-na ciemnych ulicach miasta panował niezwykły ruch.W ciemnościach jak w sennym widziadle przesuwały się postacie ciągnąc za sobą leniwe bydło i ospałe dzieci. Tylko w jednej z chałup było dziwnie cicho,nikt nie wychodził,nie pędził bydła,a przecież to dom zagrodnikaWiktorina,który dzisiaj ma służbę na zamkowej bramie.Cecylia która mijała dom Wiktorina i Weroniki przystanęła zdziwiona.Czyżby tak głęboko spali-dziwne to.Cecylia jak każda baba była ciekawa dlaczego nie odpowiadają na alarm.Uwiązała krowę do płotu i dzieckiem na ręce podeszła do drzwi.
-Weronko wstowej,husyty som w mieście.Cisza.Ciekawe czamu pyskato zawsze Wera milczy jak grób.Mocno schylona weszła do izby..Jakaś postać leżała w poprzek barłogu.Coś tu nie pasowało,próbowała się wycofać,gdy czyjęś silne ręce złapały ją za gardło.
-Cicho ani słowa,bo bydzie źle.i z tobą i z dzieckiym.Czuła zimne ostrze
noża na swoim gardle.Ktoś pchnął ja na barłóg,próbując wyszarpnąć jej dziecko z rąk.
-Niechej dziecko a zrobia co chcesz.
-Teroz to jo nic od ciebie nie chca,jyno leż cicho,a jak byda chcioł to nie byda pytoł o twoja zgoda.Leż tak jak ta,pokazał na Werę która skrępowana leżała na barłogu. Leżała i patrzała w oczy zakneblowanej Weronice.Ten głos nie jest jej obcy,gdzieś go już słyszała.Kto to jest-uparta myśl nie dawała jej spokoju.Dlaczego nie staje do obrony miasta,tylko napada bezbronne kobiety.
-No już za chwilka bydzie tukej mój hetman Piotr Polak-to wielki rycerz przyszły król Śląska.Stał nad nimi w fanatycznym uniesieniu.Przystaniecie do nas nic wom nie bydzie,poznocie prawdziwych chłopów,dotykał obleśnymi zimnymi rękami.Nagle gwałtownie się wyprostował i podszedł do malutkiego okna.
-Wiktorin je na zomku,usłyszała szept Weroniki.To je Dratewka,tak go wołajom-przystoł do husytów.
-Cicho tam,co to za gdaczynie,przidzie wasz czas to sie wygodocie. Leżały obok siebie sparaliżowane strachem.Dratewka cały czas stał przy oknie i nerwowo na coś czekał.Czas dłużył się niemiłosiernie,drętwiały kości a na dodatek dziecko zaczęło kwilić,widać głodne.Cecylia delikatnie gładziła je po główce i delikatnie by prześladowca tego nie zauważył podała mu pierś do ssania.Uspokoiło się.Cecylia czuła błogą rozkosz macierzeństwa.Nie pasowało to do grozy chwili ale widać taka jest potęga natury,że uczucie macierzeństwa odsuwa na bok wszelkie przeszkody.Cecylia poddała się błogiemu uczuciu i zapadła w sen.Nie wie jak długo spała,obudził ją straszliwy wrzask,szczęk żelaza i głośne nawoływania ludzi.Kiedy otworzyła oczy,było już na tyle jasno,że rozpoznała kontury domów podświetlone łuną pożaru.Dratewka miał rację
teraz rozpocznie się mord i grabież.Odruchowo przytuliła do siebie małe dziecko.W tym dał się słyszeć tętent koni.Dratewka podniecony wybiegł przed dom witać kompanów,ale widać coś szło nie po jego myśli,bo wrócił
wyraźnie zaniepokojony.Za oknem dało się słyszeć komendy wydawane w języku śląskim.
-Zamknąć droga odwrotu,nie dować pardonu.Łapać oficyjerów żywcym, do był głos pomocnika hetmana zameckiego,który żołnierskiego rzemiosła
uczył się na zamku w Raciborzu.Kobiety już nie leżały lecz siedziały i obserwowały bieg wydarzeń.Dratewka robił się coraz bardziej nerwowy, mówił sam do siebie,że on przecież nikomu nie robił krzywdy,że tylko szukał schronienia razem z niewiastami...Szczęk broni,kwik koni dowodził
że husyci zostali zepchnięci do środka miasta.W pewnej chwili Dratewka spakował swoje rzeczy i troszcząc się o kobiety zniknął.
Zaskoczenie husytów było kompletne.Pierwszy oddział podchodził
do kościoła na Górce,gdy nagle z drzew które porastały Cerekwicę posypał się gad strzał.Dwóch pierwszych spadło z koni,reszta zaskoczona
zbiła się w bezładną kupę,rozglądając się za nieprzyjacielem.Husyci w końcu ustawili szyk chcąc za wszelką cenę dotrzeć do kościoła,gdzie spodziewali się łupu,ale w tym czasie z za drzew i krzewów wychyliły się postacie uzbrojone w kosy,sierpy,widły i cepy a bywało,że długie dębowe koje starczały za broń.Nikt nie zwracał uwagi,że oto naprzeciw stoi wyćwiczony w boju zbir.Maczugi i siekiery bębniły po żelaznej zbroi.
-Zasadzka,dał się słyszeć donośny głos oficera.Wycofać się do środka miasta,tam spotkamy się z naszymi.Rzeczywiście początkowo wycofywali się zachowując szyk,ale zaciętość obrońców była tak duża,że złamała szyk husytów.Obrońcy dawali upust złości,że ktoś nie pozwala im żyć w pokoju
że każe im odstępować od świętej wiary,że kradnie i niszczy cały dobytek.
Smutny był los niewinnych koni które ranne czekały,by litościwa ręka skróciła ich cierpienie.
Nie lepszy los spotkał oddział Zygoty.Wpuszczeni w wąskie uliczki miasta
które wiły się między ciasno zabudowanymi domostwami zostali nagle zaatakowani ze wszystkich stron.Kwik ranionych widłami koni mieszał się z przkleństwami zaskoczonych husytów.
-Zdrada,panowie zdrada!To jest pułapka.Gdzie jest Piotr Polak?Gdzie jest
Runsztajn?Zawracamy!
Ale nie było gdzie zawracać.U wylotu ulicy pokazał się oddział konnych hetmana zameckiego,który spychał przerażonych husytów w kierunku placu targowego i rynku.Husyci jeszcze się bronili,jeszcze stawiali słaby opór,ale popełnili błąd dzieląc się na małe oddziały.Zawiodło zaskoczenie.
Zdecydowana postawa mieszczan wsparta oddziałem zbrojnym hetmana na rybnickim zamku przesądziły o ich klęsce. Spędzeni na malutki plac usiłowali wszelkimi sposobami dotrzeć do karczmy Świerklaniec,w której widzieli jedyny ratunek.Okazało się,że i tam byli obrońcyRybnika.Co który husyta pokazał się ponad parapetem okna dostawał cios toporem albo pchnięcie piką i spadał pod nogi tłumu, który gęstniał,bo wiadomość o tym,że husyci wpadli w zasadzkę błyskawicznie rozniosła sie po okolicy
i kto żył biegł,by przyłożyć rękę do zwycięstwa.Bywało,że ściągnięty z konia wojak rozrywany był przez tłum na strzępy.Nienawiść do husytów w księstwie Raciborskim była ogromna,proporcjonalna do pobożności ludu tej ziemi.Nagle na samym końcu ulicy która wiodła w kierunku Żor ukazał się sam hetman Wilhelm z oddziałem konnych.Tłum rozstąpił się wpuszczając śląskich rycerzy prosto na przerażonych husytów.Stali naprzeciw siebie-zdziesiątkowany oddział zdrajców spod znaku rycerza Runsztajna zwanego powszechnie Jastrzębiem,polskich kacerzy Piotra Polaka i grupa rodowitych Czechów-husytów.Ci którzy nie tak dawno mienili się panami życia i śmierci teraz jeden przez drugiego rzucali broń,mając nadzieję,że to uchroni ich od kary. Hetman Wilhelm wysunął się do przodu i głośno powiedział: -Kto jest oficerem niech wysunie sie do przodu. -Ja,odezwał się pokrwawiony Kacper.-Tylko jeden?Takiego tomacie hetmana,który mieni się zostać królem Śląska,czmychnął przede mną jak szarak.A widzieliście drugiego arcy diabła jak uciekał w kierunku swojego zbójeckiego gniazda Jastrzębia? Zostawiając was na pastwę.Dobrzy on i są gdy przychodzi mordować i grabić bezbronnych księży,zakonników i rabować mienie.A wiele sadyb puszczonych z dymem,od choćby niedalekie Bijasowice,To kundle są nie rycerze.
-Odpowiadać mi tu zaraz ,bo inaczej będziecie odpowiadać rozciągnięci na kole,na placu zamkowym.To wy spaliliście Bijasowice?
-Jużci,że my panie-przyznał z pochyloną głową Kacper.
-A kto naszego wielebnego kapelana Walentego pohańbił i zamordował? Ta wiadomość poraziła husytów,nie liczyli,że ktokolwiek był świadkiem mordu i znęcania się na kapłanem.Wiedzieli,że za to czeka ich nie tylko śmierć,ale i okrutne męki.Więc jeden przez drugiego zaczęli spychać winę
na nieobecnych.
-To nie nasza sprawa,panie.To Jastrząb ze swoimi kompanami puścili z dymem Bijasowice i księdza posiekli.
Teraz dopiero straszna wiadomość o śmierci lubianego kapłana dotarła do wszystkich mieszkańców.Pomruk gniewu i oburzenia był jedyną odpowiedzią na straszna miadomość.
-My panie proste żołnierze,wykonujemy rozkazy naszego hetmana.
-Jakiego hetmana.Samozwańca,diabła w ludzkiej skórze.A kto was prosił do Rybnika?Po co zadajecie tyle bólu i cierpienia.Tyle hańby,krwi i łez. Niech wszyscy zagrodnicy,kmiecie-chłopy i baby wiedzą co ich czeka gdy
podniosą rękę na naszą świętą wiarę i życie.A tych którzy są naszymi a przystali do husytów oprawi kat.
Nagle z tłumu wysunęła się Cecylia,z dzieckiem na ręce.
-Hetmanie w mieście je ukryty husyta,wołajom go Dratewka.Mie wiyńziył
i Weronika tysz,stała i pokazała ręce Weroniki ,całe w pręgach po sznurze którym była związana,
-Dratewka,tyn z karczmy,krzyknął ktoś z tłumu.Dować go sam. Poszukiwania Dratewki nie dały żadnego rezultatu,zaginął bez śladu w przepastnych lasach,które ciągnęły się aż do samego Jastrzębia,gniazda okrutnego Runsztajna.
Na rynku obok drewnianego ratusza rosły prastare lipy,które ocieniały cały plac,a wiosną rozsiewały upojną woń,która przyciągała owady,a szczególnie pszczoły,które pracowicie napełniały plastry bartników przednim miodem.To tutaj hetman Wilhelm wyznaczył miejsce kaźni,dla tych którzy znaczyli swoją drogę łzami i krwią niewinnych mieszkańców Śląska.Teraz wisieli uwiązani do potężnych konarów lip.Kompany zamozwańczego hetmana Piotra Polaka i znanego z dużego okrucieństwa rycerza Runsztajna zwanego Jastrzębiem.Cały rynek i okoliczne ulica zapełnili się mieszkańcami Rybnika i okolicznych opoli. Wszyscy chcieli na własne oczy widzieć męki i śmierć tych którzy siali przerażenie i śmierć.Teraz obnażeni do pasa wisieli uwiązani za ręce i huśtali się kołysani przez wiatr.Żaden nie prosił o łaskę;wiedzieli,że sami jej nie dawali więc i jej nie doświadczą. Na ogromnym siwym koniu nadjechał hetman zamecki Wilhelm który w imieniu księcia Mikołaja świętował zwycięstwo.Na jego znak kat przystąpił do swojej roboty.Katem był Proćpak,chłop za Świerklan dzięki któremu Rybniczanie zdążyli przygotować obronę.Śmierć była jedynym wybawieniem od strasznych tortur jakich doświadczali.Nikt-nawet kobiety i dzieci nie odwracały twarzy.Taką nienawiść wzbudzali husyci,że nawet legendarne pogromy tatarskie schodziły na plan dalszy.W straszną ciszę nagle wdarł się krzyk jednego z wiszących husytów.
-Pomsty,pomsty,pomsty!Przyjdom tu nasi a wtedy nikt z wos nie obstanie.
Makabryczny spektakl osiągnął szczyt gdy pachołki miejskie pod wiszących na znosili suchy chrust a kat dokonał jego podpalenia. Gdy sznury na których wisieli zajął ogień,spadali jak dojrzałe gruszki wzniecając tumany iskier.

-Tym razem jesteśmy górą,hetman zwrócił się do przybocznego dragona.Zaraza ogarnia cały Śląsk-jedyna nadzieja w naszym księciu, który szykuje się do rozprawy z tymi heretykami. Ludzie syci wrażeń rozchodzili się do swoich domostw,dziękując Bogu,że tym razem oszczędził ich dobytek a samych pozostawił przy życiu.